amerykańskiej historii zakup terytorium to nie nowość – była już Alaska, była Luizjana. Ale gdy prezydent USA Donald Trump zaczął mówić o przejęciu Grenlandii i Kanady, nawet doświadczeni dyplomaci przecierali oczy. Wydawało się, że to żart – do momentu, gdy propozycja padła oficjalnie.

Choć została ona natychmiast i stanowczo odrzucona przez rządy Grenlandii, Danii i Kanady, nie była jedynie osobliwym kaprysem miliardera w Białym Domu. W rzeczywistości, to wyraz makiawelicznego geostrategicznego myślenia, którego logika – choć wyrażona w nietypowej formie – znajduje odzwierciedlenie w długofalowych interesach bezpieczeństwa narodowego USA.

Ofensywna grenlandzka Białego Domu

Grenlandia to bowiem nie tylko pokryta lodem wyspa gdzieś na dalekiej północy. To strategiczny punkt kontrolny w Arktyce, położony na styku kluczowego korytarza GIUK (Grenlandia–Islandia–Wielka Brytania), będącego newralgiczną arterią militarną i morską w regionie północnego Atlantyku. Na Islandii jest m.in. baza wojsk Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania to jeden z kluczowych partnerów Ameryki.

W czasach II wojny światowej, ta arteria, była nie do przecenienia, a dziś znów nabiera znaczenia – tym razem w kontekście wzrostu obecności Chin i Rosji w Arktyce oraz toczącej się rywalizacji o dostęp do niezbędnych dla transformacji energetycznej surowców. Grenlandia posiada bowiem ogromne złoża ziem rzadkich, tytanu, wanadu, niklu czy uranu – czyli tego, czego Zachód potrzebuje, by uniezależnić się od azjatyckich łańcuchów dostaw i zbudować przewagę technologiczną w przyszłości.

Wyspa ta to dziś jedno z najbardziej niedocenianych miejsc na globalnej mapie surowcowej. Mimo iż jej powierzchnia jest w ponad 80 proc. pokryta lodem, to właśnie pod nim kryją się skarby, które mogą zadecydować o przyszłości światowej gospodarki. Według szacunków, znajduje się tam około 36 mln ton metali ziem rzadkich – kluczowych do produkcji baterii, turbin wiatrowych, nowoczesnej elektroniki i technologii wojskowych. W świecie, w którym dostęp do takich pierwiastków staje się nową formą przewagi geopolitycznej, Grenlandia jawi się jako potencjalny game changer.

Choć została ona natychmiast i stanowczo odrzucona przez rządy Grenlandii, Danii i Kanady, nie była jedynie osobliwym kaprysem miliardera w Białym Domu. W rzeczywistości, to wyraz makiawelicznego geostrategicznego myślenia, którego logika – choć wyrażona w nietypowej formie – znajduje odzwierciedlenie w długofalowych interesach bezpieczeństwa narodowego USA.

Ofensywna grenlandzka Białego Domu

Grenlandia to bowiem nie tylko pokryta lodem wyspa gdzieś na dalekiej północy. To strategiczny punkt kontrolny w Arktyce, położony na styku kluczowego korytarza GIUK (Grenlandia–Islandia–Wielka Brytania), będącego newralgiczną arterią militarną i morską w regionie północnego Atlantyku. Na Islandii jest m.in. baza wojsk Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania to jeden z kluczowych partnerów Ameryki.

W czasach II wojny światowej, ta arteria, była nie do przecenienia, a dziś znów nabiera znaczenia – tym razem w kontekście wzrostu obecności Chin i Rosji w Arktyce oraz toczącej się rywalizacji o dostęp do niezbędnych dla transformacji energetycznej surowców. Grenlandia posiada bowiem ogromne złoża ziem rzadkich, tytanu, wanadu, niklu czy uranu – czyli tego, czego Zachód potrzebuje, by uniezależnić się od azjatyckich łańcuchów dostaw i zbudować przewagę technologiczną w przyszłości.

Wyspa ta to dziś jedno z najbardziej niedocenianych miejsc na globalnej mapie surowcowej. Mimo iż jej powierzchnia jest w ponad 80 proc. pokryta lodem, to właśnie pod nim kryją się skarby, które mogą zadecydować o przyszłości światowej gospodarki. Według szacunków, znajduje się tam około 36 mln ton metali ziem rzadkich – kluczowych do produkcji baterii, turbin wiatrowych, nowoczesnej elektroniki i technologii wojskowych. W świecie, w którym dostęp do takich pierwiastków staje się nową formą przewagi geopolitycznej, Grenlandia jawi się jako potencjalny game changer. Podobnie istotne dla USA było porozumienie podpisane z Ukrainą by móc wykorzystywać jej bogate złoża naturalne.

To nie wszystko – arktyczne zasoby Grenlandii obejmują także ropę, gaz, złoto, diamenty, uran, żelazo, cynk, a nawet tytan i wanad. Mimo że wiele z nich pozostaje niewykorzystanych – głównie ze względu na trudne warunki klimatyczne i unijne obostrzenia środowiskowe – postępujące zmiany klimatyczne oraz technologiczny postęp w wydobyciu mogą to wkrótce zmienić. Do tego dochodzi tradycyjny filar grenlandzkiej gospodarki, czyli rybołówstwo, które odpowiada dziś za 90 proc. eksportu wyspy.

Jeśli dodamy do tego położenie geograficzne, które pozwala kontrolować dostęp do Oceanu Arktycznego, a także rosnące ambicje Chin w regionie (m.in. próby inwestycji w infrastrukturę na wyspie), to pomysł Trumpa przestaje brzmieć jak ekstrawagancki gest, a zaczyna przypominać pragmatyczną kalkulację. Taką, której zaczątki słychać było w polityce surowcowej i obronnej administracji Joego Bidena.

Próba podbicia Kanady

Ale Grenlandia to tylko część większej układanki. Drugim elementem północnego zainteresowania Trumpa – i amerykańskiej geostrategii – była… Kanada. Z charakterystyczną dla siebie prowokacyjną swadą, sugerował on, że Kraj Klonowego Liścia mógłby się stać 51. stanem USA. Choć nie mówił o tym w kontekście realnych planów aneksji, jego wypowiedzi wpisywały się w twardą, transakcyjną retorykę polityki zagranicznej, w której geografia, ekonomia i siła negocjacyjna mieszały się z symbolicznym gestem dominacji.

Prezydent USA twierdził wprost: Kanada jest całkowicie zależna od Stanów, a Waszyngton – znacznie mniej od Ottawy. Taka asymetria miała według niego uzasadniać ideę bliższej integracji, a nawet aneksji – choć, jak zapewniał, bez użycia siły. W rzeczywistości był to element strategii negocjacyjnej – politycznego teatru, który miał wywrzeć presję podczas renegocjacji porozumień handlowych i uzyskać lepsze warunki dla amerykańskich interesów, zwłaszcza w zakresie ceł, podatku cyfrowego i dostępu do zasobów naturalnych (USA importują ich z Kanady wiele).

Gdyby wizje Trumpa spełniły się hipotetycznie i do USA przyłączono zarówno Kanadę, jak i Grenlandię, to powstałoby imperium o powierzchni blisko 22 mln km² – znacznie większe niż Rosja (17 mln km²), obecnie największe państwo świata pod względem terytorium.

Jeszcze większe wrażenie robiłaby siła gospodarcza takiego bloku. W 2024 r. PKB USA wyniósł 26,9 bln dol., a Kanady – 2 bln dol. Razem dawałoby to 28,9 bln dol., czyli około 27,5 proc. światowego PKB. Połączenie siły wojskowej, gospodarczej i surowcowej czyniłoby z tej hipotetycznej północnoamerykańskiej unii podmiot o globalnej dominacji, znacznie wykraczającej poza dzisiejsze ramy Pax Americana.

Zarówno Grenlandia, jak i Kanada mają oczywiście swoje interesy, suwerenność i społeczeństwa, które nie zamierzają rezygnować z niezależności. Sam ten fakt, że takie pomysły pojawiły się w głównym nurcie amerykańskiej polityki – nawet jeśli w formie prowokacji – mówi wiele o tym, jak zmienia się współczesna geoekonomia. I jak bardzo Północ – nie tylko globalne Południe – staje się dziś kluczowym polem rywalizacji o wpływy, bezpieczeństwo i zasoby.

Powody klimatyczne przesunięcia się na północ

Wątek klimatyczny, choć rzadziej wypowiadany wprost, jest kluczowy dla zrozumienia geostrategicznych kalkulacji, jakie mogły stać za amerykańskim zainteresowaniem północą. W świecie dotkniętym skutkami globalnego ocieplenia, gdzie południowe stany USA coraz częściej doświadczają suszy, ekstremalnych upałów, pożarów i degradacji środowiska, północ zaczyna być postrzegana nie tylko jako terytorium o znaczeniu militarnym i gospodarczym, ale także jako strefa przetrwania.

Prerie Kanadyjskie czy części południowej Grenlandii, które do niedawna uchodziły za nieprzyjazne klimatycznie, w ciągu najbliższych dekad mogą się stać nowymi spichlerzami i miejscami o potencjale osadniczym. To, co dziś jest lodem i tundrą, jutro może być ziemią orną.

Klimatyczna zmiana układu sił oznacza również rosnącą wartość zasobów naturalnych tego regionu. Kanada dysponuje ogromnymi pokładami słodkiej wody, lasów i minerałów krytycznych, które w świecie niedoborów zyskują na znaczeniu geopolitycznym. Grenlandia, oprócz znanych już złóż metali ziem rzadkich, w przyszłości może się stać ważnym źródłem energii i surowców dla zielonej transformacji. Paradoksalnie, to właśnie kraje, które dziś wydają się peryferyjne, mogą być rdzeniem nowego ładu surowcowego.

Topniejąca Arktyka to nie tylko nowe zasoby, ale i nowe zagrożenia. Otwierające się szlaki żeglugowe przez tzw. Przejście Północno-Zachodnie czy wzdłuż rosyjskiego wybrzeża oznaczają rosnące napięcia militarne i konkurencję o kontrolę nad nowymi korytarzami handlowymi. USA, utrzymując bazę Pituffik Space Base na Grenlandii (powszechnie znana jako Thule Air Base), już teraz traktują ten region jako część swojej strategicznej architektury bezpieczeństwa. Kontrola nad Arktyką – a więc także nad Kanadą i Grenlandią – staje się nie tylko kwestią gospodarczą, ale również kluczowym elementem strategii odstraszania wobec Chin i Rosji.

W dłuższej perspektywie klimat może wymusić redystrybucję ludności. Miliony Amerykanów żyją dziś w regionach narażonych na skrajne zjawiska pogodowe – huragany, pożary, powodzie i fale upałów. Jeśli obecne trendy się utrzymają, północ może się stać docelowym kierunkiem migracji wewnętrznej. Z tego punktu widzenia, posiadanie większego dostępu do terenów północnych może być formą ubezpieczenia na przyszłość – terytorialnego i społecznego.

Wszystko to składa się na szerszy obraz geoklimatycznego przesunięcia środka ciężkości kontynentu. Bo w XXI w. to nie tylko siła militarna i kapitał będą wyznaczać potęgę, ale również to, kto kontroluje najchłodniejsze, najczystsze i najbardziej stabilne terytoria na planecie.

Czy to początek wojny o Arktykę?

Analitycy spraw międzynarodowych ukuli termin „wojny o Arktykę”, czyli walk o kontrolę nad nowymi szlakami żeglugowymi, które w wyniku topnienia pokrywy lodowej mogą skrócić czas transportu między Azją, Europą a Ameryką Północną nawet o 40 proc. W tym nowym układzie geograficzno-gospodarczym Arktyka przestaje być peryferyjnym obszarem, a zaczyna funkcjonować jako nowe centrum interesów geopolitycznych i ekonomicznych.

Nową fazę wyścigu o dominację w regionie zapoczątkowała już rosyjska ekspedycja „Arktyka 2007”, podczas której zatknięto flagę FR na dnie Oceanu Arktycznego. Od tamtej pory Rosja regularnie wzmacnia swoją obecność wojskową w Arktyce – buduje nowe bazy, rozbudowuje flotę lodołamaczy i modernizuje infrastrukturę wojskową. Kreml podkreśla przy tym swoje ambicje kontroli nad północnym szlakiem morskim, traktując go jako wewnętrzne wody Rosji.

NATO nie pozostaje bierne – przystąpienie Finlandii i Szwecji do Sojuszu, a także rosnąca obecność USA i Kanady w regionie, to odpowiedź na narastające napięcia. Arktyka staje się więc kolejną linią frontu „zimnej wojny XXI wieku”.

Chiny również wchodzą do arktycznej gry – choć nie jako państwo arktyczne, ale jako „bliski obserwator” i inwestor. Koncepcja „Polarnego Jedwabnego Szlaku” wpisuje Arktykę w chińską strategię BRI (Belt and Road Initiative), a próby inwestycji w infrastrukturę na Grenlandii czy w porty arktyczne pokazują, że Pekin planuje zakotwiczyć się na północy. Dla USA oznacza to potrzebę przeciwdziałania nie tylko rosyjskim, ale też chińskim wpływom – a w tym kontekście obecność na Grenlandii, silne relacje z Kanadą i rozbudowa własnych zdolności operacyjnych w regionie stają się kluczowe.

Dodatkowym czynnikiem destabilizującym są nieuregulowane kwestie granic szelfów kontynentalnych, statusu prawnego szlaków wodnych oraz brak jednolitych mechanizmów rozwiązywania sporów. Wiele państw, w tym Dania, Kanada i Rosja, zgłasza roszczenia do nakładających się obszarów podmorskich. Brak porozumienia w tej sprawie tworzy potencjalne ogniska zapalne, które w razie dalszej eskalacji mogą prowadzić do konfrontacji – niekoniecznie militarnej, ale dyplomatycznej i gospodarczej.

Choć w tle tej geopolitycznej gry toczy się rywalizacja o dostęp do surowców i kontrolę nad nowymi szlakami żeglugowymi, nie można jednak tracić z oczu wymiaru środowiskowego. Arktyka to jedno z najbardziej wrażliwych ekologicznie miejsc na świecie – jej degradacja może mieć nieodwracalne skutki dla globalnego klimatu. Niestety, wobec rosnących napięć strategicznych i interesów energetycznych, ochrona tego obszaru coraz częściej schodzi na drugi plan.

W rywalizacji o nią nie chodzi już o symboliczne gesty w stylu wbijania flagi w lód – lecz o konkretne decyzje: kto zbuduje port, ustanowi bazę wojskową, przyzna koncesję na wydobycie lub zablokuje wpływy rywali. Dla USA, niezależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu, region północnoatlantycki staje się jednym z kluczowych punktów ciężkości w globalnej strategii. W tym układzie Grenlandia i Kanada nie są już tylko sąsiadami czy sojusznikami – ale potencjalnie filarami przyszłej struktury dominacji Stanów Zjednoczonych w Arktyce.

Z planów, jak na razie, nic się nie udało zrealizować, ale kto wie czy następcy Trumpa w Białym Domu nie domkną tych transakcji.


Piotr Arak

Autor wyraża własne opinie, a nie oficjalne stanowisko instytucji, w której pracuje.

 

 



TPL_BACKTOTOP